niedziela, 30 listopada 2014

Soshitsu Takotsubo do Tianko Hirayamy

- Ohohoh i ihihihih! Moja pierwsza misja! Taka... nieoczekiwana! I niezapowiedziana! I... i z dziewczyną... Rosemary może być zazdrosna... Ehh Wytłumaczę jej wszystko dokładnie - na pewno mnie zrozumie. - oznajmiłem, po czym złapała mnie przeogromna chęć na taniec i śpiew. - Miłość ci wszystko wybaczy, smutek zamieni ci w śmiech. Miłość tak pięknie wybaczy: zdradę i kłamstwo, i grzech!
- Uspokój się w końcu! - krzyknęła Tianko, z hukiem zamykając drzwi. - Psujesz mój wizerunek. - trząsnęła dumnie głową, poprawiając grzywkę. Przeszła obok mnie z zadartym nosem, a ja wykrzywiłem w jej kierunku twarz i wytknąłem język.
- Kiedy idziemy? - spytałem. Zatrzymała się, westchnęła:
- Sama nie wiem... Kazano wykonać ją bezzwłocznie, ale ja nie jestem pewna.
- Nie martw się - w razie czego obronię cię. Idę się szykować. - oznajmiłem zakładając płaszcz. - Wezmę co potrzeba i pożegnam się z Rosemary. Będę za 20 minut. - zamknąłem drzwi i ruszyłem ciemną ulicą, z myślą, iż ta pierwsza w moim życiu misja, może być również tą ostatnią. Nie mogłem pohamować niechcianych łez i już po chwili spływały strumieniami po moich polikach. Wciąż po mojej głowie błądziło pytanie: jak Rosemary poradzi sobie beze mnie. Mimowolnie na myśl przychodziły mi różne scenariusze mojej śmierci. Nie chciałem zostawiać ukochanej samej. Dodatkowo to całe zamieszanie związane z pogrzebem...
Po chwili byłem w domu. Wziąłem swój ulubiony a zarazem jedyny łuk, pięć strzał, torebkę herbaty, fiolkę z jadem żmii i połknąłem dwanaście i pół tabletek witaminy C. Podszedłem do małego mieszkanka Rosemary.
- Kochanie... Kochanie wiedz, że cię kocham. I obiecuję: wrócę. Wrócę dla ciebie. - po czym pocałowałem ją w czoło. Moja miła milczała, ale wiedziałem co czuje. Podszedłem do drzwi i po raz ostatni odwróciłem się, by ją zobaczyć. Spuściłem głową na dół i wyszedłem.
Droga minęła mi mi bez zbędnych przygód, prócz tego, że nieustanie połykałem to co spływało mi do ust - zarówno z oczu jak i z nosa. Gdy dotarłem do domu Tianko, ona stała już gotowa do marszu.
- Niezwykle punktualny. 20 minut. Równiuteńko. - bąknąłem pod nosem.

<Tiankołłł?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze niezgodne z regulaminem zostaną usunięte.