![]() |
| Profil ◉ Statystyki ◉ Opowiadania |
Rytmiczny odgłos kroków niósł się echem przez monotonnie szary korytarz ośrodka. Tylko on jeden zakłócał teraz wszechobecną ciszę. Pustka. Sale i gabinety, nocą wszystko to było tak opustoszałe.
2:43.
O tej porze rzadko ktokolwiek z uczniów wałęsał się po korytarzach ośrodka. Raczej nie było tu przecież nic do roboty, a przy tym każdy bał się spotkania Czarno-Białego z nocnej zmiany. Szczególnie, jeżeli to Shou Oyama miał nagle pojawić się znikąd i błysnąć zbłąkanemu po oku swoją latarką. Efekt ten zwykł potęgować dzikimi okrzykami przypominającymi nieco wrzask kota obdzieranego ze skóry. Zdarzało się to niejednokrotnie i być może to z tego powodu znaczna większość próbujących się tu kręcić więcej tego nie próbowała. Zaprawdę powiadam: Oyama w tej odsłonie to istna trauma do końca życia.
Ale jednak ktoś tu był. I nie mam bynajmniej na myśli obłąkanego trenera samokontroli. Wysoka sylwetka pewnie posuwała się naprzód pustym korytarzem, błyskając czerwonymi oczyskami na prawo i lewo. Jegomość ten znał tę placówkę jak własną kieszeń, zaś jego widok nie powinien był nikogo dziwić, często bowiem składał niezapowiadane nocne wizyty. Problem tkwił jednak w tym, że nikt nigdy nie wiedział do końca po co, a sam włamywacz nie miał ochoty na przesłuchania.
Nieproszony gość nie silił się szczególnie na ukrycie swojej obecności. Był świadomy tego, że nawet, jeżeli go złapią, to jakoś uda mu się wykręcić. Zawsze się udawało. Czemu coś miało nie wyjść tym razem? Szedł więc pewnie przed siebie, jak gdyby nigdy nic, w kierunku gabinetu dyrektora, od czasu do czasu rozglądając się uważnie.
- Ah... mam tylko nadzieję, że zza rogu nie wyskoczy kucharka. - westchnął cicho, przystając na chwilę. Na samą myśl o tym zimny dreszcz przeszedł po jego plecach. Postanowił jednak nie zadręczać się żadnymi czarnymi scenariuszami i odegnał od siebie nieprzyjemne wyobrażenia. Ruszył dalej.
Klucz. Gdzie miałem klucz? - pomyślał, gorączkowo grzebiąc ręką w prawej kieszeni płaszcza. Nie znalazł w niej jednak nic, co kształtem i konsystencją przypominałoby kluczyk. Wyrzucił więc na ziemię wszystko, co tam było - to jest kilka zapisanych skrawków papieru, dwa niewielkie kamienie i kanapkę sprzed trzech dni, po czym upewniwszy się, że nie ma tam już więcej śmieci, sięgnął ręką do drugiej kieszeni. Dopiero po kilkunastu sekundach udało mu się wydobyć upragniony przedmiot.
Pora zrobić porządek w kieszeniach.
Przekręcił klucz w drzwiach gabinetu, zupełnie zapominając o leżących na ziemi skarbach. Wkrótce i tak ktoś to posprząta. Nad ranem sprzątaczki nie miały zbyt wiele roboty - mogły się wyłącznie nudzić lub też obijać. Należało wspaniałomyślnie zapewnić im zajęcie.
Bez chwili wahania włamywacz wparował do pokoju. Zazwyczaj czuł się w nim jak u siebie. Dyrektor był nieobecny. Kto zresztą przesiaduje w ośrodku o tej godzinie? Poza kucharkami. Bóg jeden wie, co marynowały tutaj nocą i wrzucały na półki zamrażarek. I komu w ogóle potrzebne jest aż tyle patelni czy noży? To przechodziło ludzkie pojęcie. Nie, jednak lepiej nie zagłębiać się w chory świat kuchni.
Na końcu pokoju, tuż pod wielkim oknem, stało duże biurko, na którym piętrzyły się stosy kartek. Nieproszonego gościa bardziej jednak ciekawiło to, co znajdowało się po jego prawej stronie. Wzdłuż ściany ciągnęły się bowiem wysokie szafki pełne oznaczonych przeróżnymi cyframi i literami szuflad. Tak. Tam właśnie było to, czego szukał. Podszedł bliżej, po czym uklęknął na ziemi i wysunął jedną z nich. W środku znajdowało się pełno dokumentów. Uśmiechnął się do siebie triumfująco.
- Ohayashi?! - Osamu z krzykiem podskoczył do góry na dźwięk swojego nazwiska, po czym z hukiem upadł na ziemię. Wszystkie kartoteki, które miał zamiar wynieść, wylądowały na podłodze. Włamywacz ze strachem odwrócił głowę, po to tylko, by jego oczy zalało oślepiające światło latarki. - No, proszę, proszę! - syknął strażnik posyłając mu zabójcze spojrzenie.
Następnym razem naprawdę muszę sprawdzić harmonogram nocnych zmian. - pomyślał. Teraz już było za późno. Tuż przed nim stał sam Shou Oyama. Wyglądał tak, jakby miał akurat wielką chęć kogoś rozszarpać, po czym poćwiartować jego rozszarpane szczątki i oddać je kucharkom, z którymi z pewnością łączyły go jakieś chore układy. Chyba nie trzeba wspominać, kim był ten nieszczęśnik. Serce stanęło Osamu w gardle.
- O-.... Oyama-sensei! - Ohayashi nerwowo przełknął ślinę. Najgorszy z koszmarów zmaterializował się właśnie przed nim i nie wyglądał, jakby był w dobrym humorze. Trener skierował światło latarki wyżej, na oczy złodzieja, zmuszając go do składania wyjaśnień. Osamu przysłonił oczy ręką. Trzeba było opanować strach i szybko coś wymyślić. - Ja... Wujek! To znaczy... Dyrektor Ohayashi wysłał mnie tu po kartoteki tych nowych... - zaczął błądzić wzrokiem po gabinecie, jakby szukając czegoś, co go uratuje przed Oyamą i jego chorymi praktykami. Niestety nie znalazł niczego takiego.
- Tch. - strażnik sięgnął ręką po dokumenty, które wypadły na ziemię, a Ohayashi odruchowo zerwał się na równe nogi i odskoczył kilka kroków. Trener przyjrzał się im dokładnie, przyświecając sobie latarką, po czym, jakby rozczarowany, zwrócił je Osamu.
- Znowu coś kombinujesz. - warknął. - Wynoś się! - wrzasnął. Dwa razy nie trzeba było powtarzać. Ohayashi chwycił kartoteki pod pachę i wystrzelił z pokoju, po drodze przy okazji zbierając skarby, które wcześniej wyrzucił. Los sprzątaczek był już nieważny. W grę wchodziło jego życie.
Do domu dotarł szybciej, niż sam się spodziewał. Pewnie strach przed obłąkanym Oyamą skutecznie go popędził. Nie zdejmując butów ani płaszcza, ruszył w kierunku swojej sypialni, po czym runął na łóżko z kartotekami w ręku.
Soshitsu Takotsubo.
Zaczął przeglądać dokumenty. Uważnie badał każdą zawartą w nich informację.
Ayato Arihara.
To jeszcze nie to. Nie tego szukał.
Tianko Hirayama.
Uśmiechnął się pod nosem, rzucił dokumenty na szafkę nocną i przewrócił się na drugi bok.
- Tianko, co? - mruknął pod nosem, zamykając oczy.
***
-... Czy to rozumiecie?
Głos trenera wydawał się być odległy, a jego bełkot pozbawiony sensu. Osamu z niechęcią podniósł głowę znad swojego stolika.
- Przynudzasz, przynudzasz... - mruknął sam do siebie. Miał ochotę ponownie zamknąć oczy i obudzić się dopiero po treningu. Co go podkusiło, by przychodzić na zajęcia pierwszych klas? No tak. Powody były dwa. Jeden to taki, że czuł konieczność przekazania pewnemu konkretnemu komuś ważnej wiadomości. Drugiego zaś raczej łatwo się domyślić, biorąc pod uwagę fakt, iż w poniedziałki klasy drugie miały zajęcia z samokontroli. Dziś akurat lepiej było unikać Oyamy.
Szlag! Prawie zapomniałem, po co tu jestem! Ohayashi nagle oprzytomniał. Nerwowo sięgnął ręką do lewej kieszeni i wyciągnął z niej skrawek kartki oraz długopis. Napisał coś na niej pospiesznie. Od czasów gimnazjum jego pismo nie polepszyło się ani trochę. Nadal ciężko go było rozczytać. Był jednak pewien, wierzył, że ona jest do tego zdolna. Zwinął liścik w papierową kulkę i rzucił go na stolik siedzącej dość daleko przed nim czarnowłosej uczennicy. Trener nagle przerwał swój monolog, dostrzegając wyraźne poruszenie gdzieś z tyłu.
- Przepraszam... - poprawił swoje okulary. Osamu rzucił mu zdziwione spojrzenie. Wtedy chyba po raz pierwszy trener dostrzegł, że ma na szkoleniu pasażera na gapę. - No proszę. Cofasz się w rozwoju, Ohayashi? Wierzę, że byłeś już w drugiej klasie. - uniósł brew. Wszyscy spojrzeli zaskoczeni na blondyna.
- Ah... Czyżbym pomylił klasy?! - Osamu zerwał się z siedzenia, udając zaskoczenie. Trener pokręcił głową, wskazując ręką drzwi. Postanowił tego nie komentować. Osamu ruszył we wskazanym kierunku.
- Miłego dnia wszystkim! - uśmiechnął się, po czym wyszedł z sali i ruszył korytarzem w kierunku domu.
" Deja Vu?
Nadal wisisz mi karton soku"
głosił napis na karteczce.
<< Tianko-chan? :) >>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze niezgodne z regulaminem zostaną usunięte.