poniedziałek, 20 maja 2013

Here's to being human

 
  Poznali się pierwszego dnia w nowej szkole, już trzeciej. Rodzina Jeana nie mogła zagrzać miejsca nigdzie, ale tym razem obiecywali, składali przysięgi, że to już to. Stanął przy tablicy i wyrecytował wyuczone na pamięć przedstawienie, po czym zajął ostatnią ławką pod ścianą, bo ta przy oknie była zajęta. I wtedy do klasy wparował piegowaty chłopiec ze słodkim uśmiechem, który zrzednął, gdy jego wzrok padł na nowego ucznia. To miejsce przez całe cztery lata służyło mu godnie, tam siadał zawsze. Przeprosił za spóźnienie, pokiwał głową potakująco, zupełnie nie zwracając uwagi na słowa nauczycielki i przysiadł się do nowego. Lekcja rozpoczęta.
- Jestem Marco, a ty? - konspiracyjny szept wyrwał Jeana z pilnego notowania słów jedynej dorosłej osoby w pomieszczeniu. - Nie, czekaj, nie odpowiadaj. Jesteś... Jean! Jean do ciebie pasuje. Zgadłem? Chyba mieszkamy niedaleko siebie, dzisiaj rano wyjrzałem przez okno i tam byłeś. Zazdroszczę, ja nie umiem tak wcześnie stawać. Może będziemy przyjaciółmi? Nie mam prawdziwego przyjaciela, nikt nie kumpluje się z osobą taką jak ja. Podobno jestem dziewczyński, ale to nieprawda, przecież to nie moja wina, że mam piegi i nie potrafię nawet muchy zabić, prawda? Boję się gołębi, mógłbyś mnie przed nimi bronić, chyba...
 I tak oto się poznali, mimo wielu prób Marco nie odczepił się od Williama i nie przyjmował do wiadomości, jak się on naprawdę nazywał. Wkrótce mieli ulec milionom plotek, w końcu nie codziennie ktoś taki jak Mar znajdował przyjaciela, w dodatku całkowicie tolerującego jego zachowanie.

 Mieli po piętnaście lat, interesowali się pojęciem przeznaczenia, a konkretniej tym, że urodzili się tego samego miesiąca, dnia, a nawet godziny. Wstąpili do drużyny piłki ręcznej, a później Marco zaciągnął drugiego na kółko teatralne, gdzie odkryto wybitny głos Jeana. Zaciągnęli się do trzyletniego projektu, w ostatniej klasie mieli wystąpić w prawdopodobnie największym musicalu, na jaki było stać szkołę. Dobrano mu główny charakter, codziennie zdzierał gardło, przy okazji ubierając rozmaite maski. Wszystkich rozpierała duma, nawet babka przybyła z Francji, by zobaczyć któreś z przedstawień. Jakoś toczyło się życie, do momentu otrzymania propozycji "uczczenia dobrej roboty".
 Bar słynął z rozdawania alkoholu nieletnim, tymczasem obdarowanemu dojrzałym wyglądem Williamowi dali piwo bez wahania. Pociągnął parę łyków, nie zważał na zmartwioną minę Marco, którego zaraz potem pocałował, a tamten, mimo wstrętnego odoru trunku, oddał pocałunek i tym sposobem zostali parą. Potwornie niedobraną, taki haczyk! Bo choć uzupełniali się doskonale, jeden spokojny i wyrozumiały, drugi śmiały i szalony, to kłótni nie unikali. Dopiero po dłuższym rozstaniu zrozumieli, jacy są dla siebie ważni. Zapoczątkowali coś w szkole, od tamtego momentu nikt nie wstydził się uczuć, kłamstwa wydostawały się na światło dzienne. Dwaj apostołowie, jak to zaczęto ich zwać. I było dobrze, bardzo dobrze.
 Choć wyglądało to na szczenięcą miłość, to każdy to akceptował, a nawet czcił, kibicował.
Spędzonych wspólnie wydarzeń przybywało: halloween, wigilia, walentynki, Wielkanoc, wyjazd do Tajlandii, Polski, Francji. Aż wreszcie wrócili do siebie, zaszyli w wynajętym mieszkaniu, by zbudzić się tylko dla ujrzenia wielu obraźliwych haseł wypisanych na drzwiach, wokół mieszkania. Nikt nie chciał odmiennych w tak spokojnej okolicy, toteż postanowiono wypędzić ich innymi sposobami. Momentalnie wszyscy zrozumieli, co tak naprawdę oznaczał ten związek. Żaden porządny obywatel nie zamierzał pozwolić na rozpuszczenie dziwnych plotek o sobie, więc - w celu uniknięcia takowej sytuacji - czynili to w stosunku do Willa i Marco. Początkowo były to zaledwie niewinne obelgi, później rozpoczęto rękoczyny. Dla bezpieczeństwa Marco Jean oddalił się, zmienił w oschłego i pozbawionego większych uczuć dupka, tym samym powracając do bycia szarym człowieczkiem. Obaj cierpieli, nawet na kółku teatralnym przestano ich tolerować i gdyby nie niemożność znalezienia kogoś, kto również sprostałby tymże rolom, już dawno zostaliby wydaleni, ewentualnie zrzuceni do poziomu pomocy technicznej. Z ciężko skrywaną goryczą odkryli, iż rodziny także odetchnęły z powodu rzekomego zerwania, jęli wielokrotnie robić aluzje odnośnie homoseksualistów, dodawać dziwne sumy na konta synów. Kochankowie zrozumieli, że to przymusowe popychanie do podjęcia decyzji nikomu nie wyjdzie na dobre, po czym pogodzili się z aktualnym stanem rzeczy.
Przynajmniej jeden z nich to zaakceptował, Jean pomimo braku partnera u boku okazywał się niesamowicie popularny, chociażby ze względu na talent do robienia zdjęć, przeważnie ludzi. Słynął też z bycia doskonałą poradnią miłosną, tylu dziewcząt w tamtym miesiącu nie ugościł przez całe swoje dotychczasowe życie. Często niedoszłe fanki yaoi zwały go seme, zupełnie nieświadome tego, jak związek osób tej samej płci przebiega naprawdę.
Tymczasem Marco ledwo wiązał koniec z końcem, oczywiście w sensie edukacyjnym. Na niczym nie potrafił się skupić, miast pisać długie i wyczerpujące odpowiedzi rzadko zdarzało się, aby wykonał chociaż połowę sprawdzianu. Wciąż i wciąż przyłapywał się na wpatrywaniu w kark siedzącego przedeń Jeana lub rozmyślaniu o tym, jak bardzo potrzebuje teraz jego uścisku, ciepłej dłoni i malinowych ust. Zawsze robiły się czerwonawe w mroźne dni, jakimi akurat szczyciło się to miejsce. Na próby nie chodził pod pretekstem potrzeby nauki, a tak naprawdę preferował wylewanie łez w samotności. Jakim cudem tak łatwo go zostawił?, pytał po wielokroć, nigdy nie uzyskując odpowiedzi.
Zmiana nastąpiła na lekcji religii, na która nikt nie przybywał z własnej woli. Gdy ksiądz dotarł do punktu kulminacyjnego?? całej lekcji, Jean wybuchł. Sugerowanie, że uczeń jest chory psychicznie i winien udać się do psychologa przekroczyło wszelakie granice. Oskarżycielskim wzrokiem mierzył Marco, wymawiając przykre słowa.
Homoseksualizm to choroba, panie Bodt.
Najpierw rozważył spokojne 'ja także jestem chory', by delikatnie zaznaczyć, iż nigdy go nie opuścił, gdy dostrzegł łzy na policzkach czarnowłosego. Wstał więc i buńczucznym krokiem przemierzył dzielącą ich odległość. Usiadł obok chłopaka, wpierw otarł mu łzy, a później pocałował z czułością, o jaką nigdy by się nie posądził. Nikt nie wiwatował, nie bronił, gdy zabierali Williama do dyrektora i dzwoniono po rodziców, nie zatrzymał wybiegającego Marco. Mieli swoje życie i nareszcie otrzymali jawną odpowiedź, jak nim kierować, co podtrzymał argument, będący zwykłym zjawieniem się nazajutrz obu chłopców, dodatkowo bez wstydu trzymających się za ręce przez praktycznie cały dzień.
Oficjalnie zamieszkali w mieszkaniu nad chińską restauracją, kończyli naukę i po próbie generalnej, jeszcze w strojach z przedstawienia wrócili do swojego domu. Rodzina nie miała nic przeciwko, jeżeli tylko będą trzymać się jak najdalej od nich. Warunki doskonałe dla obu stron. Wyszedł po zakupy, przechodził obok napadanego banku, gdzie grożono uruchomieniem bomby. 
Ciała nigdy nie odnaleziono.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze niezgodne z regulaminem zostaną usunięte.